czwartek, 17 marca 2016

Przykra sprawa

Nie przygotowałam jak na razie dalszego ciągu.
Przygniotła mnie wiadomość, że kolejna kura zginęła. Coś je podżera. Znalazłam nieżywą kurę bez głowy...
Bardzo przykre... Kury są zdenerwowane i boją się kurnika.
Wyczytałam, że może to być tchórz... podobno ten drapieżnik jest chroniony.

Nawet ładnie wygląda.
Kiedyś oglądałam film o polujących wilczkach, to nawet chciałam żeby upolowały coś czy to sarnę, czy owcę.
Gdybym oglądała z innej perspektywy to widziałabym to inaczej.
Rozumiem, że tchórzyk jest głodny, może ma małe... ale tam w oborze jest nadmiar myszy, ale myszy się chowają a kury tak spokojnie śpią...


środa, 16 marca 2016

Wczoraj była zima...

O świcie wczoraj wszystko było białe i na dodatek jeszcze sypał śnieg.
Nawet próbowałam fotografować ale aparat się rozładował. Może i dobrze bo jak na razie chociaż śniegu nie było dużo to jednak fotek zimowych jest już dość.
Dziś dla odmiany świeci jasne słońce. Temperatura aby nikt zbytnio się wiosną nie łudził, jest jeszcze ujemna. Woda ptaszkom zamarzła.
Muszę pamiętać, by rankiem szybko się ubrać i pozaglądać do ptaszków a nie siedzieć przed komputerem w lekkim ubraniu ( z kawusią ) dzisiaj był kłopot bo z bliżej nieustalonych przyczyn, pomimo połączenia internetowego - wszystkie lampki zielone na modemie - w komputerze nie było dostępu do internetu...
Zapewne to jakiś chwilowy spadek energii elektrycznej czy coś takiego innego, dziwnego? Nic to
Postanowiłam opisać po kolei jak to się stało, że tu jestem, tak dla mojej własnej pamięci, która nieco czasem płata figle.
To może być długie opowiadanie, czasu jest mało aby przesiadywać przy komputerze,  on powolny, ja powolna... damy jednak radę, na raty

Graniczną datą jest rok 2010 gdy tu przyjechałam

Troszkę wstecz - to ja może jedno z ostatnich zdjęć w klasztornym ogrodzie, lecz nie pamiętam który to rok pomiędzy 2004 a 2010



Ciąg dalszy nastąpi później, czas minął  

poniedziałek, 7 marca 2016

Tyle miałam planów na dziś

Zazwyczaj jak rankiem się budzę, najpierw przypominam sobie jaki to dzień dziś przypada w kalendarzu, potem robię wstępne planowanie.
Podczas ubierania i rozpalanie w piecu ( muszę sobie przypomnieć te modlitwy staro-irlandzkie na ten moment )  układam sobie plan działania, jak to M. Teresa ( z mojego klasztoru ) mawiała: - gryplan. Taki dokładniejszy gryplan.
Po czym zabieram się do czegoś całkiem innego.
To nie jest dobre, to muszę rozpracować, poprawić, zniwelować albo co innego z tym faktem zrobić ( albo nie robić planów?)

Dzisiaj miałam dużo drewna narąbać, trochę posprzątać i napisać kilka listów. Tak. Miałam nigdzie nie jechać...
Pojechałam do znajomej bo musiałam odebrać kartę z tajemnicą różańcową o czym o świcie zapomniałam. Troszkę się rozgadałam...
Może będę więcej pisać niż mówić? Może mi się to uda? Albo więcej pracować? Albo po lesie chodzić? Tylko kto będzie to towarzystwo pilnować?
Te zdjęcia poniżej są oczywiście stare gdzieś z okolicy września - nawet nie pamiętam, czy je tu umieszczałam

Kogut wyjadający winogrona:



Łatek zwany Łajdakiewiczem z Kacprem ale nie można poznać czy to Alfa czy Beta czy Omega (są trzy koguty bardzo do siebie podobne ale o różnej sile żywotnej wszystkie są Kacpry ) - pomyśleć, że łaciaty jest podejrzany o pozbawienie życia kury u sąsiada odległego o prawie kilometr drogi...


Im wyżej która "kuma" siądzie tym ważniejsza się wydaje:


Od maja zeszłego roku, gdy to siostra moja Ola potrzebowała ( pomimo moich protestów ) przywieźć 35 kurczaków zielononóżek ostało się na dzień dzisiejszy sztuk 23. Trzy koguty a zadziorne to, i dwadzieścia kurek, w tym jedna moja chorowita kurusia "dziobnięta" oraz druga kulawa.
Kiedyś była taka ( na ręku siostry mojej Asi )

Nie chodziła, straciła władzę w nogach, nie rosła, widać, że nie ma grzebienia. Nie mam jej obecnego zdjęcia ale niewiele się różni od mniejszych kurek. Grzebyk jej urósł ( jest tak 3 miesiące do tyłu wobec swoich siostrzyc ) poznaję tylko po cieńszej szyjce i rance na szyi od dziobania przez kurzyce siostrzyce...

A tu kura zainteresowana ogórkami i kuruś moja w głębi, gdy już próbowała chodzić ale musiała się chować przed innymi kurami


Kurusię leczyłam min listkami oregano i listkami mlecza. Skoro pani Popławska w obozie koncentracyjnym mogła się wyleczyć samym mleczem to sądziłam iż uda mi się to z kurusią


Zdaje się, że poza leczniczymi listkami ważne było usunięcie pzyczyn stresu, albo zminimalizowanie czyli odseparowanie od dziobiących ją kur i zapewnienie spokojnego i ciepłego kącika.

A tu księżniczka nasza Kokusia z niewiadomych przyczyn lubiła siedzieć w miednicy pod studnią. Miednice miały łapać wodę deszczową z deszczu, który praktyczne wcale nie padał tego lata, albo mało i rzadko...


To tyle opowieści o miejscowym zwierzu...
Czas więc zakończyć opowiadanie wspomnieniowe, czas już minął a wyczerpałam go na przeglądaniu bloga, którego kilka lat ( może dwa ) czytywałam. Pani pisze obszernie i ciekawie. Prowadzi też kursy fotografii min kulinarnej. To ostatnie nie wiele mnie interesuje. Zazwyczaj szukam przepisów na potrawy zdrowe, składające się z roślin rosnących tuż pod ręką, najlepiej w polu wśród chwastów i łatwych do wykonania. 
Wyznawcy Kriszny to zapewne bardzo dobrzy ludzie chociaż sama religia tej grupy ludzi niezbyt mnie interesuje, jest zbyt daleka, za bardzo "wschodnia" 

Chciałabym mieć taki domek w lesie- 


Blog o którym wspomniałam to : http://www.greenmorning.pl/














sobota, 5 marca 2016

Chcę tu na duszę poczekać i z samą sobą porozmawiać :)

Ostatnio bardzo dużo czasu zajęło mi przeglądanie różnych grup na fb. zwłaszcza zielarskich. To jest ciekawe ale też pożera mnóstwo czasu.

Jest taka historyjka powtarzana wielokrotnie jako przykład:

"„Pewnego razu zachodni turyści postanowili wejść na Mount Everest. Wynajęli Szerpów, by nieśli ich bagaże. Posuwali się szybko w górę, ale w pewnym momencie Szerpowie usiedli i nie ruszają się z miejsca. – Co się stało – zapytali zdziwieni turyści. – Nic – spokojnie stwierdzili Szerpowie. Po prostu szliśmy za szybko i nasze dusze zostały z tyłu. Teraz musimy na nie poczekać.”

Już czas na swoją duszę poczekać  ze sobą szczerze porozmawiać

W odniesieniu do poprzedniego wpisu więc odwilż już była i był znowu śnieg
na przykład (tak dla pamięci ) 1 marca









Tylko kotu to nieco obojętne:


Obecnie już nie ma śniegu ale ciągle jest dość chłodno, więc dokarmiam ptaki: sypię słonecznik, wykonuję "kulki" ze smalcu z dodatkiem ziaren słonecznika i śruty z mielonej pszenicy i kukurydzy. 
Jest bardzo dużo wróbli, których dotąd nie było. Widać to dobrane towarzystwo kur a raczej kurzej karmy

A to są "kotki" osiki - topoli osiki ściślej


Zrobiłam sobie z nich syropek i nalewkę na przeziębienie. Co roku o tej porze chorowałam na grypę, tym razem zamierzam się ostać 

Tu jest odnośnik o pączkach topoli - właściwie tu chodzi o pączki liściowe: ale kwiatowe też mają takie właściwości z tym że są bardzo gorzkie dlatego stosuję raczej z miodem albo jako winko


A tutaj ciekawostki o pączkach zimowo wiosennych


A kurki przed chwilą wypuszczone cichaczem ( pomijając kogucie pienia ) poszły w las.



sobota, 23 stycznia 2016

Podobno zbliża się odwilż

Nie mniej wczoraj gdy wieczorem około 18-ej wracałam z kościoła, bardzo zmarzłam. Na termometrze było - 11 stopni. Dopiero barszcz ukraiński z kilkoma pierogami nieco mnie rozgrzał. Księżyc pięknie świecił i śnieg skrzył się jakby usiany diamentami. Martwiłam się o dzikiego kocura, Biszkopta, mieszkającego w stodole. Bałam się, że temperatura przy takiej aurze morze spaść do -20 stopni. Niedawno padał śnieg, próbowałam go uwiecznić, bo to u nas rzadkość.



A kurki uwielbiają wolność, chyba trzeba będzie sprawić im kaloszki. 



Obudziłam się dzisiaj około 4-ej i wstałam na chwilę. Kocur siedział na parapecie okiennym na poddaszu. Powolutku otworzyłam okno, cofnęłam się ale bał się wejść. Ile można stać przy otwartym oknie przy temperaturze, jak się okazało -13 stopni. Zaniosłam mu jedzenie i podgrzaną wodę. Wczoraj wieczorem zanim przyszedł jedzenie mu zamarzło. Żal mi go. Lubię zimę mroźną i śnieżną, lecz to wiąże się z koniecznością zaglądania do zwierząt, rąbaniem drewna i paleniem w piecach. Obecnie palę w czterech, w tym jeden to w kuchni. Inaczej będzie zimno i zimna woda.

Jest mnóstwo wróbli - zdjęcie zrobione przez okno - bardzo pracowite stworzenia. Łapią po ziarenku i odlatują po czym wracają.



Trzeba pamiętać też o uzupełnianiu i rozmrażaniu wody, bo ptaszki muszą pić a śniegu nie jedzą. Są takie wdzięczne...


Kotki przy tym mają zajęcie - o dobra pani dokarmia ptaszki...




A Kokusia popija wodę ptaszków i czai się przy wodopoju












poniedziałek, 4 stycznia 2016

Zimno!

Ostatni wpis ma tytuł Zima nadeszła. Potem długo jej nie było. Aż do Sylwestra, jak to większość ludzi w naszym kraju zauważyła. W noworoczny poranek miałam -15 stopni na wysokości około 30 cm nad ziemią. Wynoszę termometr pod studnię by zmierzyć temperaturę przy ziemi. Śnieg i mróz sprawił że nie wypuściłam kurek na podwórko chociaż głośnym gdakaniem dopominały się wolności. W południe uchyliłam im  drzwi na szerokość jednej kurki. Podbiegły i stanęły niezdecydowane - nie lubią śniegu. Drzwi wobec tego zamknęłam. Mają tam światło ale woda i tak zamarza.
Wczorajszej nocy temperatura spadła do -20 stopni. Martwiłam się o Biszkopta kota przybłędę który mieszka w stodole. Karma i woda zamarza. Gdyby kot dał się wziąć na ręce mogłabym zabrać go do domu gdzieś na strych aby się kocury nie biły.Ale ucieka na mój widok.
Musiał podchodzić nocą pod dom bo koty znalazły podejrzane ślady. Gdy zaniosłam karmę rankiem to prychnął a potem zamiauczał. Niby jest cieplej bo tylko -11 stopni ale zamarznąć też można.
Co godzinę albo częściej muszę wychodzić aby dolewać ciepłą wodę do miski z wodą z której piją też ptaki, dosypuję słonecznik do karmników potem znowu sprawdzić wodę u kur. Jeszcze mnie czeka rąbanie drewna. Zapasy świąteczne się wyczerpują. Jestem trochę tym zmęczona. Wczoraj wieczorem naszedł mnie taki nastrój i pomyślałam: jedni sobie filmy teraz oglądają, mogą się wykąpać w gorącej wodzie... a ja muszę drewno nosić. Niby wodę ciepłą mam bo jest podkowa w kuchennym piecu ale w łazience jest zimno. W dzień wigilijny nabawiłam się silnego kataru i jeszcze to odczuwam więc bałam się ryzykować przeziębienie.
Jednak dziękuję Panu, że mam drewno i mogę sobie w piecu zapalić.

wtorek, 24 listopada 2015

Nadeszła zima

Wczoraj wieczorem spadł śnieg, piękny puszysty. Niezbyt go dużo, tak może centymetr i nie stopniał natychmiast jak to często bywa.
O świcie wyglądało wszystko bardzo pięknie. Najpierw gdy wschodziło za lasem słońce zdawać by się mogło, że w lesie zapalona została lampka. Bo sosny rozświetlone były od dołu.
Czyste niebo, czysty śnieg i złociście wschodzące słońce ozłacające korony sosen... Tylko, że zimno. Lubię właściwie zimną zimę, ale... ptaszki, kury i zwierzęta w lesie...
Żałowałam, że nie mam pod ręką aparatu fotograficznego, ale rozładował się. W czasie remontów schowałam ładowarkę. Być może nie u mnie było dziś najpiękniej.
Zimno, śnieg, powstrzymywałam się z wypuszczeniem kur, w końcu otworzyłam im wrota. Mieszkają właściwie w oborze... Zazwyczaj wybiegają pędem. Jakoś tak u nich jest, że w kurniku przebywają kury, które właśnie mają znieść jajka. Nawet gdy padało nie wracały do kurnika, tylko chowały się we wiacie na drewno.
Tym razem też wzięły rozpęd i nagle hamowanie na progu. Stanęły zdumione - to ich pierwszy śnieg. Dwa duże koguty Kacper Alfa i Beta niczym ogniste smoki, rozwinęły skrzydła i przefrunęły odległość pomiędzy progiem a wiatą, chyba ponad pięć metrów. Trzeci Kacper Omega, mniejszy, ze swoimi kurkami przemieszczali się pod ścianą ale w końcu ściana się skończyła i dalej śnieg. Jedna kurka zabłąkała się i gdy chciałam ją zagonić pod wiatę stanęła jak wryta w śniegu. Podeszłam, wzięłam na ręce i zaniosłam a ona nawet nie pisnęła. W końcu prawie wszystkie jakoś dotarły pod wiatę i tam koczowały.
Moja chora kurka też wyprysnęła ale wydaje mi się, że ma się znacznie gorzej niż przed kilkoma dniami. Znowu kury ją podziobały.
Tak kuruś dziobnięta a ja rąbnięta - skaleczyłam się siekierą, może o tym napiszę jutro. Kocur zamierza pomóc w pisaniu. A mnie, chociaż dzień taki piękny, niezbyt praca szła, może ta ręka, może troska o kury i ptaszki. Karmnik mi się popsuł. Damy radę
Jeszcze napiszę o tej kurzej mafii
A tu przypadkowo natrafiłam zdjęcia zrobione w ostatnim dniu października, pieczemy ciasto: